Co jest z tym światem? Próba zdrowego rozsądku.

Na tak zadane pytanie odpowiedź może być rozmaita. Jedni powiedzą, wydaje się, że w większości zwyczajnie „nic”; inni stwierdzą, że jest różnie – raz lepiej, raz gorzej, jednak generalnie coraz lepiej – nigdy nie żyło się tak wygodnie, nie było tylu gadżetów, nie sposób się tedy nudzić; zdecydowana mniejszość powie zarówno „jest świetnie, zabawa trwa”, jak i „koszmar, niech nastanie koniec”. Mam jednak pytanie: „dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?” Może to moja nadmierna wrażliwość każe mi upominać się o więcej? A może rzeczywiście coś jest nie tak, tylko nie wiemy, od kiedy i na jak długo? Przecież większość powie, że grzech pierworodny to taka przenośnia, w sumie – jak by powiedział powieściopisarz – bujda na resorach – nie było żadnego grzechu, podobnie, jak teraz nie ma żadnych grzechów.

Jeśli nie było istotnie błędu na początku, to tylko tłumaczenie naukowe z zakresu teorii ewolucji może sprostać temu, co się aktualnie dzieje. Ale argument z niedoskonałości świata z powodu ewolucji jest nie tyle nieprzekonujący, co dość ponury. Jest to raczej smutna wizja, taka postegzystencjalistyczna: zostajemy wrzuceni bez własnej woli w obcy świat, który sam z siebie jakimś cudem się złożył, ale z obu stron czeka nas pustka. Przyznajmy, że to dość łatwe tłumaczenie, prowadzące do prostego wniosku, że nic nie da się poradzić i należy pogodzić się z powszechną wojną wszystkich ze wszystkimi, zwaną naukowo walką o byt czy doborem naturalnym. Jednak ja na łatwiznę iść nie zamierzam. Nie zamierzam zwalać winy na ewolucję, bo to dzięki niej mam oczy i nogi. Nie zamierzam też tkwić w rozpaczliwym światopoglądzie, że nic nie pomoże, a świat się skończy nonsensem.

Jednak z drugiej strony nie zamierzam popełniać innego błędu pod tytułem: winni są wszyscy, zwłaszcza pierwsi rodzice, tylko nie ja. Cóż, utraciliśmy raj i nie nasza to wina. No nie wiem. Bo wielokrotnie traci się raj. Nie chcę tu malować kiczowatego obrazku sielanki arkadyjskiej, nowego Eldorado czy odwoływać się do próby stworzenia Nowego Jeruzalem, co podjęli architekci-wizjonerzy. Raj raczej był w ludziach oraz między nimi. Utraciliśmy krótko mówiąc nasze wnętrza, zabijane tysięcznymi bodźcami z ipodów (sam słucham namiętnie), tabletów i innych gadżetów. Cisza, która w naturze istniała znikła. Zamiast niej mamy hałas.

Dlaczego jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Najpierw zapytać przyjdzie, w czym jest źle? Jeśli chodzi o ekonomię, czyli dystrybucję produkowanych masowo od dwóch stuleci dóbr materialnych, to zostawiam to ekonomistom. Być może przyrost naturalny wyprzedza produkcję, sądzę jednak, że bogate państwa i miliarderzy – gdyby tylko chcieli – mogliby pomóc krajom biednym. I pomoc zresztą płynie, także z Polski w stronę krajów, które są jeszcze na etapie biedy pomimo wielkich wysiłków, aby to zmienić.

Jeśli chodzi o moralność, to jest źle w kulturze, telewizji, Internecie, ale tutaj większą wagę mają jednostkowe nastawienia: mogę wybrać program wartościowy lub kicz. Tutaj podejmujemy decyzje w wolności, bo nie ma przymusu czytania książek bezwartościowych, słuchania kiepskiej muzyki czy oglądania obrazów, które powstały w wyniku rzutów mokrym pędzlem.

Zastanawiałem się jednak, o czym nieco wyżej, nad przyczyną biedy na świecie. Jako młody gniewny z zadowoleniem czytałem wizję Stasiuka, który w jednej z powieści napisał, że dziś zbawienie polega na tym, że „ewentualnie wszyscy będziemy bogaci”. Tak. I do tego wszyscy piękni, wiecznie młodzi i zdrowi.

Sporo racji jest w hipotezie, że przyczyną całej biedy świata są choroby. Zastanówmy się: znacie kogoś, kto choruje ciężko i przewlekle (nie mówię o epizodycznych chorobach czy urazach), kto byłby w dobrej kondycji finansowej? Ja nie znam. To nie bogactwo przeszkadza – biedę wywołują choroby, które jeszcze ją pogłębiają. Innymi słowy to nie bieda wywołuje choroby (też, ale rzadko), ale choroby wywołują biedę. Przecież zdrowi są silni, mają energię i zapał do pracy, a chorzy są osłabieni, tracą siły i witalność. Niestety, choroby nieleczone pogłębiają nędzę, bo leki kosztują. Medycyna zrobiła od tysiącleci spory postęp, jednak efektem ubocznym procesu modernizacji są nowe choroby, które wywołują nowe zapotrzebowania na nowe technologie medyczne. Choroby napędzające wzrost gospodarczy? Ciekawe, ale mało realne. Mówi się przecież, że bez choroby nie byłoby kogo leczyć. Tym samym ludzkość nie mogłaby zajmować się z miłością chorymi. Cierpienie wyzwala miłość, jak głosił Papież Jan Paweł II. I miał sporo racji, jednak obowiązkiem lekarzy jest jednak odejmować światu cierpień. Nawet tych zawinionych, a jest ich niemało w ogólnej puli chorób. Skąd jednak wynikają choroby? Produkt uboczny czy wina przodków? A może zapytać należy, jak to możliwe, że jest tyle zdrowia i dobra w świecie? Skąd tyle dobrej woli, skoro ponoć żyjemy w beznadziejnej erze? Bynajmniej nie w złotym wieku.

Niestety, abstrahując od możliwych przyczyn, fakty są takie, że osoby niepełnosprawne, przewlekle chore wypadają z „wyścigu szczurów”, który przyczynia się do wielu obecnie istniejących zaburzeń psychosomatycznych, chorób cywilizacyjnych (onkologicznych, kardiologicznych, psychiatrycznych, itd.). Osoby schorowane nie mogą pracować, zatem nie mogą kupić sobie kina domowego, wyjechać na drogie wakacje, realizować hobby i pasji, rozwijać się w pełni. Zdrowi powiększają wzrost PKB, z którego korzystają chorzy, ale nadal w małym stopniu. W sytuacji, kiedy w Polsce pracuje co drugi czynny zawodowo obywatel, nie ma mowy o podniesieniu zasiłków, wzroście rent i świadczeń. To jednak powinno ruszyć sumienia bogatych. Niestety, im więcej mamy, tym więcej chcemy. Apetyt wzrasta, choć wszyscy i tak żyją na kredyt.

Wiem, że taka teoria może mieć mankamenty, ale narzuca się jako jedno z możliwych wyjaśnień, obok takich, jak: egoizm bogatych krajów i ludzi zamożnych; władza multikorporacji; brak dostatecznego przepływu towarów i usług, reżimy autorytarne i totalitaryzmy, ciągle jeszcze obecne; brak dostępu do wody pitnej; działalność gangów i mafii oraz ugrupowań paramilitarnych; okresowe klęski nieurodzaju, katastrofy i kataklizmy. Można byłoby zatem wymienić czynniki bardziej zależne od woli ludzi i negocjacji społecznych (dzielenie się rzeczami i usługami) oraz czynniki naturalne, mniej zależne od człowieka. Na te drugie potrzeba nowoczesnej technologii, która jednocześnie niszczy środowisko, co potęguje zaburzenia klimatu i wtórnie determinuje klęski żywiołowe. Na te pierwsze potrzeba konsensusu już na poziomie globalnym, ponieważ instytucje międzynarodowe, utworzone w XX wieku, już nie wystarczają w czasach globalizacji. Pomimo protestów przeciwników, nie da się zatrzymać procesów globalnych. Potrzeba nowych instytucji oraz przede wszystkim wizji – celu, ku któremu zmierza ludzkość. Nie muszą to być od razu loty kosmiczne ani przeprowadzka na inną planetę. Może to być zupełnie coś nowego, coś innego, czego definicją jeszcze nie dysponujemy.

Nade wszystko jednak musi nastać globalny, światowy spokój. Celowo piszę spokój, bo pojęcie pokoju zbyt łatwo kojarzy się z pacyfistami i ekologami, którzy dość śmiesznie i w sposób mało realny głoszą słuszne skądinąd hasła. Pojęcie spokoju odsyła z powrotem do spokoju w domu, na osiedlu, w dzielnicy, a dopiero potem w skali międzynarodowej. Bez tego trudno będzie pracować. Jeśli mówi się, że Polska jest w budowie, to sądzę, że można i trzeba powiedzieć, że cały świat jest nadal w budowie. A wszelkie zakłócenia być może są po to, aby ludzie zaczęli też cenić wartości niematerialne: relacje, sztukę, mądrą duchowość, rozwój, życie w harmonii i z poczuciem godności. Innymi słowy, kryzys uczy nas cenić też wartości inne niż bogactwo, władza czy sława. Bez kryzysu byłoby nadal tak, jak być nie powinno. I jeśli kryzys prowadzi do nowej integracji, wypracowania nowych struktur to należy cieszyć się, że w odwrocie jest ordynarny konsumpcjonizm spod znaku „fury, skóry i komóry”, a nadchodzi przełom.

Ten oczekiwany przełom dotyczyć musi wszystkich dziedzin życia publicznego, począwszy od przedszkoli, przez wszystkie szczeble edukacji aż po drogę i karierę zawodową. Każdy z nas musi odpowiedzieć sobie na pytanie: co chcę naprawdę robić w życiu?

Bez tej wizji własnego życia nikt nie wygra. Jeśli wiesz, co chcesz robić, to jesteś zwycięzcą pomimo, że cel jest odległy. Cała sztuka to wiedzieć, że nawet idąc do pierwszej lepszej pracy, nawet pracują za friko, na stażu czy praktykach, przybliżasz dzień, kiedy się zwolnisz z okropnej pracy i znajdziesz swoje prawdziwe miejsce. Przez trzy lata pracowałem ciężko w firmie transportowej, jednocześnie pisząc doktorat. Nie wstydziłem się w pracy mówić, że jestem tylko chwilowo kierowcą, że moją pasją są inne rzeczy: gra, śpiew, pisanie, komponowanie. I nie wstydziłem się na uczelni podczas konsultacji z Promotorem mówić o swojej sytuacji życiowej, kiepskiej pracy za marne pieniądze, w pośpiechu, stresie, z wiecznie niezadowolonym szefem, który sam nie znalazł swej drogi i wyżywał się na pracownikach liniowych ile wlezie. Brian Tracy, lider trenerów rozwoju osobistego mawia, że najpierw trzeba może pójść do pracy tymczasowej, pomęczyć się na stażu, zrobić coś pro publico bono. Potem to się zwraca. Znam też kogoś, kto zaraz po studiach na politechnice ukończywszy architekturę poszedł do firmy i z miejsca wymarzył sobie pensję znacznie powyżej średniej. Niestety, realia były inne. Są zresztą nawet koncepcje, głoszące, że nie tylko zbyt niska pensja demotywuje, ale tak działa też zbyt wysoka pensja. Człowiek się rozleniwia, zleca innym, deleguje zadania, nie spieszy się i osiada na laurach. Należy mieć pensję adekwatną do wykonanej pracy, co nie znaczy – nieregularną.

Są jeszcze inne problemy, które spędzają sen z oczu think-tankom, jednak sedno tkwi w tym, co już dawno głosił pewien nauczyciel: „jeśli ktoś ma dwie suknie, niech jedną da temu, kto nie ma żadnej”. Nic dodać, nic ująć. Problem nie w teorii – problem tkwi w przełożeniu haseł na codzienną praktykę życia.

Autor: 
Rafał Sulikovski
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.